Opisy najciekawszych wypraw do różnych zakątków świata, zawodów i wypraw rowerowych, własnych produktów winiarskich oraz pozostałe sprawy luźno związane z życiem... AUTOR: KRZYSZTOF GRZEGORZEWSKI
RSS
sobota, 31 stycznia 2015

   Jako, że zbyt starym by robić karierę, zarabiać pieniądze lub wymyślać inne równie pasjonujące rzeczy które przyniosłyby zadowolenie moim potomnym, ale nie mnie -  wyznaczyłem sobie podrzędną rolę obserwatora świata. Rzec by można, że jest to rozwinięcie dotychczasowej pasji kolarskiej, z tym, że z nieco inaczej rozłożonymi proporcjami zmęczenia ciała i umysłu. Więcej niż wiele lat temu, bo jeszcze w szkole podstawowej, zaznajomiony zostałem z ciekawą teorią wypoczynku - wizyta w nadmorskim domu wczasowym połączona z leżakowaniem na plaży to wypoczynek bierny, a ta sama wizyta z podporządkowaniem się zaleceniom kaowca (wycieczki, wieczorki zapoznawcze, turnieje ping-ponga, kometki czy siatkówki) to już wypoczynek czynny, z definicji lepszy. Po latach badań własnych zmodyfikowałem nieco te formuły - o ile więc cyklista z całą pewnością wypoczywa czynnie (notabene - bardzo się przy tym męcząc), to jednak brakuje mu przy tym pewnej dozy treningu intelektualnego, który sprawiłby, że organ potrzebujący najwięcej tlenu w organizmie, nie marnowałby go tylko na bezużyteczne oglądanie tylnej opony zawodnika jadącego pozycję wcześniej.

    Kolarstwo było więc dla mnie wypoczynkiem czynnym biernym, podczas gdy potrzebowałem odpoczynku czynnego czynnego - aktywnego dla ciała i kreatywnego dla umysłu. I tak zrodziła się pasja podróżowania.

 

Mewa w Wenecji

 

   "Vitam regit fortuna non sapientia" - w przypadku wyboru kierunku podróży stwierdzenie iż życiem rządzi los a nie mądrość zdaje się być kluczem do kolejnej wyprawy. Zbiegiem rzeczy fortuna to też bogactwo, co tylko dopełnia prawdziwości tego stwierdzenia. Nie do końca mając zdolność do generowania odpowiedniej ilości biletów Narodowego Banku Polskiego, celem staje się miejsce, do którego można dotrzeć mając ich niewiele. Oczywiście pojawiają się tu dodatkowe ograniczenia, jak choćby pogoda - teoretycznie najtańsza Norwegia w grudniu pokryta bywa grubym śniegiem lub skropiona jest zamarzającym deszczem, w dodatku słońce rozświetla te krajobrazy tylko na kilka godzin.

   A więc raczej południe. Myśląc południe, oczyma wyobraźni widzę miasto Colleoniego, Lotta, wjazd funicolare do Citta Alta, przechadzki po murach obronnych i pizzę przy Via Pignolio czyli włoskie Bergamo. Ale to nie tylko wyobraźnia - to raczej miłe wspomnienia, aż nazbyt świeże, jeszcze ciepłe i przesiąknięte zapachem wiosennych promieni słońca - przecież byliśmy tam w tym roku! A więc jeśli nie Bergamo, to co?

   I tu trzeba złączyć los i mądrość w jedną machinę, pokręcić korbką i zobaczyć co wypluje. Machina ma wiele hybryd, kryjących się pod nazwami Azair, Azuon, Matrix ITA, ale nieważne którą się uruchomi, wynik powinien być z grubsza ten sam. Na mojej klawiaturze wstukałem dane wejściowe: wylot w dowolną sobotę z Polski lub Berlina, powrót w niedzielę, kierunek - południe. Zamieliło, zaburczało, wentylator procesora buchnął ciepłym powietrzem na ręce i... jest Wenecja za 207 zł z Berlina w świetnych godzinach - wylot rano a powrót wieczorem, a więc pełne dwa dni, jeden nocleg.

 

DSC04781 

   A więc Wenecja. Minęły niespełna cztery lata od ostatniego pobytu tutaj, a zdawałoby się, że w lustrze wody wciąż widać odbicia naszych sylwetek. Nadal spoglądają na nas znajome twarze ze ścian Pałacu Dożów, z pomników i kościołów. Ciągle przesuwają się te same tłumy podekscytowanych turystów robiących zdjęcia sobie i murom. Wpisujemy się w ten nurt bez większego sprzeciwu.

 

DSC04796

 

 

  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

   Wizyta w Wenecji jest jak wizyta w teatrze - choć aktorzy pozostają ci sami to za każdym razem można zobaczyć sztukę zupełnie odmienną od poprzedniej. Wszystko jest kwestią odpowiedniego wyboru, który determinuje późniejszy nastrój i wrażenia. Zachęcony obietnicą katalogów, wykupiłem "Church pass" - kartę umożliwiającą wstęp do biletowanych kościołów. Iście znamienity zespół składający się z samych sław jak Tycjan, Carpaccio, Tintoretto, Bassano czy Tiepolo daje popis swoich umiejętności na ścianach i sufitach 16 kościołów. Czy aby ten repertuar nie będzie jednak zbyt ambitny?

  Zaczęło się od mocnego uderzenia - kościoła San Sebastiano w którym poszukiwaliśmy charakterystycznych odcieni szmaragdowej zieleni, od nazwiska malarza zwanych zielenią Veronese'a. Myliłby się jednak ten, kto spodziewa się viridianowych falujących sukien czy choćby egzotycznych roślin stanowiących tło dla religijnych obrazów. Nie, to raczej detale, stanowiące swoisty kontrast dla wszechobecnych ciepłych żółci, brązów i czerwieni. Cóż, ekonomia - ten barwnik był niegdyś bardzo drogi.

  Tymczasem opuściliśmy Świętego Sebastiana, Najświętszą Panienkę i Mardocheusza, aby spędzić następne trzy godziny z woluntariuszką - przewodniczką po Wenecji.

 

DSC04773

 

   Był 13 grudnia - w Polsce kojarzący się dość jednoznacznie z rocznicą wprowadzenia stanu wojennego - ostatnimi laty wykorzystywaną do różnych polityczno - religijnych demonstracji. Raczej nie spodziewając się podobnych atrakcji, nieoczekiwanie, w mało znanym kościele San Geremia, napotkaliśmy tłumy rozmodlonych wiernych, zapalone świece, dzieci w białych strojach. We Włoszech to iście niecodzienny widok jak na sobotnie, grudniowe popołudnie. 

   W środku formowała się kolejka zmierzająca najwyraźniej w kierunku oszklonego relikwiarza. I my również ustawiliśmy się w niej. Z informacji zamieszczonej na kartce wynikało, że to szczątki Św. Łucji, która w tym dniu ma swoje święto, co tłumaczyło podniosłe uroczystości w kościele. Relikwie od 1204 roku znajdowały się w Wenecji w kościele Św. Łucji, a po jego zburzeniu (pod stację kolejową, która przejęła nazwę St. Lucia) zostały przeniesione w obecne miejsce. Jak się później dowiedziałem szczątki zostały wykradzione przez uzbrojonych bandytów, a następnie odnalezione wróciły na swoje miejsce dokładnie 13 grudnia 1981.

   Jako żarliwa katoliczka była ona prześladowana za wiarę, a nie chcąc się jej wyrzec, miała być oddana do domu publicznego. Nie chcąc do tego dopuścić, oszpeciła się, wykłuwając sobie oczy. W końcu została ścięta, a jej męczeński czyn spowodował, że patronuje ociemniałym, proszącym o pomoc w chorobach oczu oraz pisarzom - można rzec, że w małym fragmenciku również mi...

 

DSC04784

 

   Tymczasem wybiła godzina naszej wycieczki z przewodniczką, jak się okazało białoruskiego pochodzenia. Był to spacer po mieście, dość ciekawy, ale zabrakło w nim ciekawostek, jakimi byłyby na przykład informacje o Świętej Łucji. W jego trakcie minęliśmy lodowisko na Campo San Polo, które nieodparcie skojarzyło mi się z niesławnym lodowiskiem na Placu Wolności w Poznaniu. Oczywiście to weneckie było kilkukrotnie większe...

 

DSC04813

 

    Powyżej widok z okien naszego hotelu.

 

koncert

 

    Spoglądając na ten plakat żałowaliśmy, że nie przybyliśmy dzień wcześniej i nie mogliśmy zostać zjedzeni...

  DSC04851

 

 

 

 

  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

   Czas spłatał nam figla - po sobocie przyszła niedziela, która, jak się okazało traktowana jest nadzwyczaj świątecznie również w kościołach. Chcieliśmy kontynuować nasz przegląd malarstwa włoskiego, lecz świątynie są w niedziele pozamykane (poza kilkoma największymi). Nie mogąc podziwiać płócien wielkich mistrzów, poprzestaliśmy na płótnach zwykłych mieszkańców (powyżej).

 

DSC04866

 

DSC04824

 

DSC04837

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

   Korzystając z danego nam czasu odwiedzamy muzeum Galleria dell'Accademia. Wiedziałem, że mają tu "Człowieka witruwiańskiego" Leonarda, ale niespodzianką było to, że leży on zamknięty w sejfie i jest wystawiany tylko na specjalne okazje. Archiwa galerii są rzecz jasna zamknięte dla największych nawet pasjonatów nie-naukowców, tym niemniej zagłębienie się we wnętrza dawnego kościoła Najświętszej Maryi Panny Miłosierdzia i klasztoru kanoników laterańskich stanowi samo w sobie nie mniejszą frajdę dla artystycznej duszy.

    Choćby Lorenzo Lotto - przez wiele lat związany z Bergamo, zapomniany na 300 lat, odrodził się w XIX wieku, po odnalezieniu jego księgi wydatków i testamentu. Na podstawie tych dokumentów można było na powrót przypisać mu autorstwo obrazów przypisywanych dotychczas takim sławom jak Tycjan czy Holbein.

   Młodzieniec podczas studiowania księgi zdaje się być zajęty zupełnie innymi, pozamaterialnymi sprawami. Otwarty list, płatki róży, pierścień - czy jego myśli aby nie wykraczają aby poza otwartą księgę rejestrową? Niepewna, pochylona pozycja - czy sięgnie za chwilę po zwisający klucz - i czy będzie to klucz władzy czy raczej wtajemniczenia? I w końcu jaszczurka - czy jest symbolem duszy, która szuka światła czy raczej jej zrzucana co roku skóra ma być znakiem odrodzenia, odnowy i zmartwychwstania duchowego? Odpowiedzi nie ma i nie będzie, ale samo zadawanie sobie takich pytań stanowi dla mnie kwintesencję malarstwa Odrodzenia.

Lotto

 

    Symbol Wenecji w obiektywie jest atrakcyjny, ale czy ta atrakcyjność jest warta swej ceny (100 Euro/40 min)? Na razie nie sprawdzamy tego empirycznie...

DSC04839

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

    I dwa zdjęcia nocne na pożegnanie Wenecji:

 

DSC04889

 

 

noc

 

 

Finansowe podsumowanie wyjazdu:

Przelot Berlin - Wenecja - Berlin: 207 zł

Church Pass: 51 zł

Transport na lotnisko: 47 zł

Bilet Gallerie dell'Accademia: 38 PLN

Audioguide: 25 zł / 2 osoby

Hotel Tiziano: 225 zł / 2 osoby

Paliwo: 184 zł / 2 osoby

Jedzenie, napiwki: 300 zł / 2 osoby

ŁĄCZNIE: 710 zł / osobę

 

 

 

 

 

 

20:27, krzysztofgrzegorzewski
Link Komentarze (2) »
niedziela, 02 marca 2014

Wyciskamy z naszego pobytu co się da – ostatniego dnia postanawiamy pojechać jeszcze na chiński cmentarz. Manila ma kilka cmentarzy, z których większość cieszy się złą sławą – w grobach zamieszkują biedacy, co ostatnio obrazowo zostało przedstawione w książce – reportażu „Eli, Eli". Tym niemniej w czasie podróży zagranicznych staram się zajrzeć przynajmniej na jeden cmentarz, a ten chiński ma dobre opinie – stanowi on atrakcję turystyczną. Jedziemy metrem, a w zasadzie napowietrzną linia kolejową, M. odkryła zalety podróżowania w wagonach tylko dla kobiet – ona jedzie w komforcie, a ja w ścisku.

Okolica cmentarza nie nastraja optymistycznie, bieda jakby większa, tuktukowcy bardziej natarczywi, domy niższe i bardziej zaniedbane. Nie widać strażników przy wejściach, ani na ulicach. Tym niemniej, widząc nas, prawie każdy woła „Chinese cemetery!" i pokazuje ręką kierunek. Kierujemy się tymi wskazówkami, choć mapa pokazuje inaczej. Wiara w miejscowych jednak wygrywa, i rzeczywiście, po chwili odnajdujemy bramę południową.

Strażnik w bramie pyta grzecznie czy nie potrzebujemy przewodnika, my równie grzecznie dziękujemy. Jednak po paru krokach zaczynamy się zastanawiać, czy dobrze trafiliśmy? Wszędzie ulice, domy i ogródki, tylko tak jakby dziwnie cicho i spokojnie. Nie ma tego całego wrzasku, zgiełku i smrodu. Po prostu opuszczone, wyludnione miasto. Ale podchodząc bliżej widać, że to jest właśnie cmentarz! Na „domach", będących grobowcami, są inskrypcje żałobne i zdjęcia pochowanych rodzin. Popatrzcie sami:

Chiński cmentarz brama południowa

Brama południowa cmentarza.

Ulica na chińskim cmenatrzu

Cały cmentarz składa się z ulic, przy których stoją parcele z grobowcami.

grobowiec modernistyczny

Grobowiec modernistyczny.

grobowiec klasycystyczny

Grobowiec klasycystyczny.

grobowiec katedra

Prywatna katedra - grobowiec.

grobowiec w budowie

Grobowiec w budowie.

grobowiec w stylu narodowym

Grobowiec w stylu chińskiej pagody.

okazały grobowiec

Jeden z najokazalszych grobowców przy głównym placu.

powyższy grobowiec w środku

Wnętrze powyższego grobowca.

grobowiec z aniołem

Grobowiec "pod aniołem".

 

Po dłuższym spacerze, wracamy na stację, a potem do hotelu i szykujemy się do ostatniego lotu. Wracamy do Polski! Na lotnisko jedziemy metodą oszczędnościową – metrem do ostatniej stacji, a potem pieszo, ze 2-3 kilometry. Przechodzimy kolejne bramki (jedna w metrze, druga na wejściu na teren lotniska, trzecia po odprawie bagażowej, czwarta przy wejściu do samolotu) – na każdej odbywa się przeszukanie lub prześwietlanie bagażu. Zanim jednak weszliśmy na pokład naszego ulubionego Boeinga 747, czekała na nas przygoda. Podczas odprawy okazuje się, że nie siedzimy razem na górnym, „luksusowym" pokładzie, lecz jesteśmy rozdzieleni. Na nic zdały się tłumaczenia, pokazywanie wydruków - nie ma miejsc i tyle. Postanawiamy więc, że M. będzie leciała w wygodach na górze, a ja na dole, w małych i wąskich fotelach. Samolot jest opóźniony o ok. godzinę, uspokajamy się lotniskowym piwem w poczekalni, gdy nagle wywoływane jest nasze nazwisko, tradycyjne „Kkkristopy Grrzzegodzzebski proszony jest do stanowiska odprawy". Idę, a tam dobra nowina! Jednak znaleźli dla nas miejsce i oboje lecimy koło siebie w miękkich, wielkich, rozkładanych fotelach dawnej klasy business, tak jak to od początku było zaplanowane (11 godzin lotu do Jeddah)!

Łącznie etap VII:

- wycieczka na Corregidor 180 zł / osobę

- hotel Manila (2 noce) 162 zł

- inne wydatki (taksówka, jedzenie, opłata wylotowa, inne) ok. 220 zł

Łącznie etap VII: 742 zł / 2 osoby 

Tagi: Manila
23:41, krzysztofgrzegorzewski
Link Komentarze (6) »

Wczoraj po południu, w sercu Angkor  Wat, dzwoni mój telefon. Numer nieznany. O, to pewnie mój bank zgłasza się z kolejną propozycją rozłożenia zadłużenia na karcie kredytowej na raty.  Już tyle razy im odmawiałem, a oni są tacy uparci. Telefon dzwoni, a ja odrzucam połączenie. Myślę sobie, zaraz zadzwoni ponownie. Po dziesięciu sekundach dzwonek telefonu odzywa się jeszcze raz. Tak jest, to musi być bank. Odrzucam po raz kolejny, zwykle to zamykało sprawę (na jeden dzień). Ale tym razem nie, dzwonek odzywa się po raz trzeci. A więc to nie może być bank – to nie jest w ich stylu. Odbieram.

Miły głos pyta po angielsku czy dodzwonił się do „Kkkristopy Grrzzegodzzebski ???" – po próbie wymówienia mojego imienia i nazwiska, jak zawsze tutaj, nastąpił wybuch tłumionego śmiechu u osoby próbującej zmagać się z polszczyzną. Mnie z kolei bawi ich próbowanie. A więc już na początku rozmowy obie strony są w dobrych humorach. Tak samo działo się w banku, w hotelu, w samolocie, u urzędnika imigracyjnego, u urzędnika celnego i w wielu innych miejscach, gdzie trzeba było się wylegitymować. Jedno proste nazwisko wywoływało maleńką nić sympatii.

Wracając do rozmowy – moja rozmówczyni dzwoniła z biura podróży Sun Cruises – z informacją, że wycieczka na wyspę Corregidor została przełożona z godziny 10.00 na 8.00. Nie była to jakaś szczególnie atrakcyjna informacja, bo planowaliśmy się wyspać po nocnym locie z Siem Reap. Ale taka informacja była lepsza, niż jej brak – bez niej moglibyśmy jedynie pomachać odpływającemu promowi z okien naszego pokoju.

Po 4 godzinach snu zjadamy najmniejsze w życiu śniadanie hotelowe – cztery maleńkie grzaneczki (takie jakby połówkę bułki rozkroić na krzyż). Śniadanie małe, ale technicznie zaawansowane – w momencie wybierania napoju (kawa lub herbata) dostajemy mały czarny podstawek najeżony diodami i z ciekłokrystalicznym wyświetlaczem na którym pokazany był numer naszego zamówienia („3"). W momencie gdy nasze grzanki i napoje są gotowe do odbioru, podstawek zaczyna wesoło migać i wibrować – to znak, że możemy podejść do obsługi oddalonej o trzy metry od naszego stolika odebrać nasze zamówienie.

Nadal głodni (ale za to rozbawieni sytuacją) pędzimy z restauracji na przystań. W pościg za nami rzuca się rykszarz, pragnący zarobić trochę grosza. Przyzwyczailiśmy się do grzecznego odmawiania, ale w naszej sytuacji – czemu nie? Prosimy o kurs do „Coconut palace" – budynku wybudowanego przez Imeldę Marcos za ponad 10 mln USD, z okazji wizyty naszego papieża w 1978, w większości z elementów palmy kokosowej (została za to przez niego skrytykowana – tyle biedy na ulicach, można mądrzej wydawać pieniądze podatników). Rykszarz chce 50 peso od osoby (nieco ponad 3 zł), ostatecznie zgadza się za tyle zabrać nas dwoje. Przejechaliśmy kilkaset metrów, nasz pojazd staje – rykszarz nie wie gdzie to jest. On nie wie, ale ja wiem. Nie byłem tam co prawda nigdy, ale pamiętałem z mapy, że trzeba przed zoo skręcić w prawo i dalej prosto nad morze. Ogród widzę przed nami, więc mówię gdzie jechać.

Wkrótce zatrzymuje nas policjant – zbliżamy się do ekskluzywnego kwartału („coconut palace" to obecnie siedziba jakiegoś ministerstwa), gdzie rykszarzom nie wolno wjeżdżać. Cały zziajany i zestresowany, marudzi, ze to było tak daleko (a przecież nawet nas nie dowiózł na miejsce) i chce więcej. Nie ma mowy, daję odliczoną kwotę - my ruszamy dalej, a rykszarz, poganiany przez policjanta, zawraca.

Na przystani odbieramy nasze bilety i czekamy. Czekamy i czekamy, chyba jakaś wycieczka była nie do końca poinformowana o nowej godzinie, bo ruszamy dopiero grubo po dziewiątej, gdy większa grupa przyszła z autobusu. Corregidor, zwany przez niektórych Gibraltarem wschodu, w moich oczach jawi się jako Westerplatte wschodu, a może nawet raczej Hel wschodu, gdyż to właśnie załoga półwyspu broniła się najdłużej. Corregidor, mała wyspa zamykająca wejście do zatoki manilskiej, doskonale wyposażona i ufortyfikowana, stawiała jeszcze opór prawie przez miesiąc po upadku półwyspu Bataan (znanego z marszów śmierci urządzonych przez Japończyków), znajdującego się po drugiej stronie cieśniny.

Po półtoragodzinnym rejsie od razu wsiadamy do przydzielonych z góry busików, aby rozpocząć zwiedzanie najciekawszych miejsc na wyspie.

Autobusy na Corregidor

Rozpoczynamy od baterii „Way" (nazwy pochodzą od nazwisk amerykańskich dowódców), gdzie umieszczone były 4 moździerze kalibru 305 mm (na Helu najcięższe działa miały 152 mm). Mimo, iż konstrukcja fortu i wyposażenie pochodziło z roku 1914, to doskonale sprawdziły się w walce z Japończykami. Trzeba też powiedzieć o wadach tej budowli – wszystkie jednostki ogniowe były umieszczone koło siebie, były więc podatne na zniszczenie jednym pociskiem – tak stało się w bliźniaczej baterii, gdy pocisk japoński uderzył w zgromadzone ładunki prochowe – cała załoga zginęła momentalnie.

Bateria Way

Bateria Way moździerze

 

Kolejne stanowisko „Hearn" – długolufowa armata, również kalibru 305 mm (2 sztuki), która wsławiła się niezwykle celnym ogniem przeciwko nacierającym Japończykom na półwyspie Bataan. Były to najmłodsze wielkokalibrowe stanowiska na wyspie (1921).

Bateria Hearn

Po chwili zbliżamy się do żelbetowych baraków żołnierzy szeregowych, określanych przez przewodnika jako najdłuższe baraki na świecie (nieco ponad 500 metrów). Na tym, kto widział twierdzę Modlin, nie robią aż takiego wrażenia.

koszary Corregidor

Tuż obok znajdowało się miejscowe centrum rozrywki – kino na kilkaset miejsc (ruiny w tle na zdjęciu). Przed nim stoi pomnik braterstwa broni amerykańsko – filipińskiego. Jak twierdzi nasz przewodnik, Filipińczyka można poznać po tym, że jest mniejszy, gorzej uzbrojony i umundurowany, ale za to przystojniejszy od Amerykanina. Z tyłu znajdują się kolejno: niewielkie muzeum, pomnik – niegasnący płomień, kopuła w kształcie spadochronu (Corregidor był odbity przez spadochroniarzy), memoriał upamiętniający największe bitwy na Pacyfiku oraz doskonały punkt widokowy na wyspę.

pomnik braterstwa broni Corregidor

Po zwiedzeniu wszystkich tych miejsc jedziemy do baterii „Crockett" – dzieła składającego się z dwóch chowających się armat kalibru 305 mm. Po wystrzeleniu pocisku, działo opuszczało się poniżej betonowego kołnierza, gdzie było ponownie ładowane. Przeciwwaga miała masę 50 ton. Jedno z dział zostało wyeliminowane z walki przez bezpośrednie trafienie pociskiem moździerzowym, drugie przetrwało i najprawdopodobniej zostało naprawione przez Japończyków (po uszkodzeniach wykonanych przez amerykańską obsługę przed kapitulacją). Tym niemniej Japończycy nie korzystali z niego podczas obrony wyspy w 1945 roku.

bateria Crockett

bateria Crockett 2

Przed wybuchem wojny na wyspie znajdowały się również podziemne schrony, w których przechowywano zapasy i gdzie urządzono szpital polowy na 1000 łóżek. W głównym korytarzu tego schronu – tunelu „Malinta", urządzane jest (dodatkowo płatne), widowisko typu „światło i dźwięk". To atrakcja chyba dla trochę młodszych uczestników, nas zaciekawiły jedynie filmy dokumentalne z okresu walk o wyspę.

tunel Malinta

Końcowym punktem wycieczki jest wizyta w miejscu upamiętniającym żołnierzy japońskich – w czasie obrony zginął prawie cały, liczący 6000 osób, garnizon. Ich prochy zostały przewiezione do Japonii, a na miejscu byłego grobu stoi poniższy pomnik. Ciekawa była też opowieść o żołnierzach ukrywających się w niedostępnych terenach – na wyspie Corregidor 10 żołnierzy ukrywało się jeszcze przez pół roku. Rekord należy do żołnierza, który w innym miejscu Filipin ukrywał się kilkanaście lat – po odnalezieniu poddał się dopiero przybyłemu z Japonii oficerowi. Stał się też dość zamożnym człowiekiem, ponieważ za ten cały okres otrzymał zaległy żołd.

pomnik pamięci żołnierzy japońskich

Na wyspie widzieliśmy jeszcze wiele innych budowli, pomników, schronów, fortów oraz hotel, w którym wzmocnił nas pyszny obiad. Cała wyspa jest wypielęgnowana i przygotowana pod turystów w najmniejszym szczególe. Po wojnie nie było tu najmniejszych śladów roślinności – cały teren był pokryty lejami po bombach i pociskach – obecnie porośnięta jest gęstym lasem (odpowiednio przygotowane sadzonki zrzucano z samolotów). Wszystkie trawniki są przystrzyżone, a metalowe elementy oczyszczone i pomalowane. Przewodnik narzekał co prawda na działających po wojnie złomiarzy, którzy pokradli elementy wyposażenia, ale jak dla mnie nie było tego zupełnie widać. Trzeba by mu było przyjechać do Polski, gdzie często nawet najmniejsza płyta pancerna jest wycięta i zezłomowana...

Manila zachód słońca

W drodze powrotnej Manila dobrze się prezentuje w promieniach zachodzącego słońca. Do hotelu idziemy pieszo, a w zapadającym zmroku z dobrego nastroju wyzwala nas okrzyk: „Hey, give me money!". Na szczęście to nie był napad, a jedynie jeden z żebraków był niezbyt biegły w angielskim. 

17:42, krzysztofgrzegorzewski
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 17