Menu

SIERŚCI ŚWIAT

Opisy najciekawszych wypraw do różnych zakątków świata, zawodów i wypraw rowerowych, własnych produktów winiarskich oraz pozostałe sprawy luźno związane z życiem... AUTOR: KRZYSZTOF GRZEGORZEWSKI

CHILE - Wulkan Lascar 5592 npm 11-12 marca 2015

krzysztofgrzegorzewski

Do Chile polecieliśmy z Małżonką tylko na 6 dni – wielokrotnie słyszałem, że to bez sensu, za krótko, szkoda czasu na tak długi lot, w dodatku pewnie bardzo drogi itp. Był to jednak wyjazd spontaniczny, cytując klasyka - na miarę naszych możliwości, a uściślając - na miarę możliwości urlopowych. Skromnych, bo już w dużej mierze rozplanowanych na inne wyjazdy. Cena zachęcała – w granicach 1200 zł z Barcelony (dolot „za darmo” - za punkty Wizz). Jak już bilet był, to przyszedł czas na planowanie, i tu zaczęły się schody – ostatecznie stanęło na tym, że 3 dni będą w kanionie rzeki Maipo a pozostałe 3 w okolicach San Pedro de Atacama.

Ta relacja obejmuje jeden dzień z tej wycieczki – wyjście na wulkan Lascar (5592 m. npm).



Dlaczego Lascar? Nie mam specjalnych predyspozycji wspinaczkowych, umiarkowany lęk wysokości, niewielkie doświadczenie w górach wysokich. Marzyło nam się Kilimandżaro, ale tam nie da się wejść na własną rękę (podobno), a koszty tragarzy, wejścia do parku – przerażały. Poczytałem za to, iż wejście na Lascar jest proste i dość tanie (100 – 120 USD z San Pedro de Atacama).

Rzecz jasna postanowiłem jeszcze obniżyć ten koszt i wejść bez żadnego przewodnika. Tu zaczęły się kalkulacje jak to zrobić tanio. Powstał następujący plan: z Santiago lecimy do Antofagasty zamiast do Calamy – bilety na interesujące nas (sztywne) terminy były akurat znacznie tańsze (310 zł RT), w dodatku w czasie późnej nocy (nie tracimy dnia na transfer), a samochody do wypożyczenia tańsze w Antofagaście (120 USD/3 dni) w porównaniu do Calamy. Wzięliśmy zwykłą, najtańszą mini osobówkę (silnik 1100), rzecz jasna zupełnie nieodpowiednią do wyprawy na Lascar. Dalszy plan był taki, że z lotniska jedziemy do San Pedro zatrzymując się przy ciekawych miejscach (La Portada, zwrotnik Koziorożca, dawne osady zbieraczy saletry, Dolina Księżycowa, Dolina Śmierci) i na wieczór jedziemy do Laguny Lejia (ok. 4100 npm) na nocleg.

 

 

Wszystko poszło zgodnie z planem, co mogłoby być tematem na całkiem zgrabną opowieść. Jednak teraz omijam przygody dnia, gaszę światło (zapada zmrok) i przenoszę się na drogę gdzieś między San Pedro a wulkanem. Ściślej rzecz biorąc mijam Toconao i zbliżam się do skrętu w lewo na Talabre. Według relacji z sieci czeka nas teraz ok. 30 km wznoszącą się drogą gruntową, ponoć w dobrym stanie, ale do przejazdu tylko 4x4.

Skręcamy. Żona, jak to ona, jest już dość nerwowa. Wielki wulkan widoczny jak na dłoni w promieniach zachodzącego słońca zdaje się być na wyciągnięcie ręki. Tym niemniej wiem, że droga będzie długa, bo musimy objechać go wkoło (wejście na szczyt jest po przeciwnej stronie). Wydaje się, że przy wierzchołku osiadła niewielka chmura, ale czyste niebo temu przeczy – są to dymy i opary siarki z krateru. O dziwo jedziemy dalej po nowiutkiej, asfaltowej drodze aż do miejscowości Talabre. „So far, so good” jak mawiają miejscowi Indianie, mimo iż droga przechodzi w szuter, to jest on gładki jak spod równiarki. Jadę na długich światłach, 3 bieg - 40-60 km/h, łagodne zakręty, kamienista pustynia wkoło. Jak tak dalej pójdzie, to za kilkanaście minut będziemy na miejscu. Popadam w błogostan i samozadowolenie, gdy nagle – bach – wyrasta przed nami pionowa ściana.

Na szczęście pionowa to ona się jedynie wydawała w świetle reflektorów. Przed stromym podjazdem był niewielki zjazd i to złożyło się na takie złudzenie. Tym niemniej jest stromo. Redukcja na dwójkę, jedziemy coraz wolniej, wciskam gaz do dechy. Zapala się żółta lampka „check engine”, auto staje w bezsile w połowie wzniesienia. Oddycham nerwowo, Żona panikuje. Przez kilka chwil pozostaję w bezruchu zbierając myśli. Za nami już pewnie z 10 km pustkowia, ale przecież codziennie rano jeżdżą tu wycieczki na wulkan, więc ostatecznie nie może być tak źle. Mamy namiot, jedzenie, ogień i wodę – nie ma więc specjalnych powodów do paniki.

Wysiadam. Otwieram maskę. Nic specjalnego nie widać – żadnej zagotowanej wody, wycieków oleju, na pierwszy rzut oka OK. Odtwarzam w myślach sytuację – lampka zapaliła się w momencie całkowitego otwarcia przepustnicy. Analizuję sytuację, przypominam sobie wiedzę ze studiów (w końcu silniki spalinowe) - przecież jesteśmy już grubo ponad 3000 m npm! W momencie gdy wcisnąłem gaz do dechy czujnik ciśnienia w kolektorze dolotowym powinien pokazać ciśnienie atmosferyczne (w granicach 1000 hPa). Ale na tej wysokości powietrze jest już mocno rozrzedzone – znacznie niższe ciśnienie nie pasowało do mapy ciśnień sterownika i stąd żółta lampka – komputer zidentyfikował to jako awarię czujnika ciśnienia. Pomyślałem sobie, że wszystko wróci do normy, jak zjedziemy z góry.

Wsiadam więc do auta i próbuję zapalić – po 2-3 długich sekundach, silnik startuje. Cofam więc, bo nie byłbym w stanie ruszyć pod górę na tej stromiźnie. W nieco łagodniejszym miejscu wrzucam jedynkę i … podjeżdżamy!

Po kilku dalszych minutach dojeżdżamy do Laguny Lejia (według mapy ok. 4100 m npm.). Według planu tu mamy nocować. Wychodzę z samochodu badając teren – jest płasko, zimno i wietrznie. Ustawiam auto bokiem do wiatru, w jego osłonie rozstawiam namiot. Aluminiowe krótkie śledzie słabo trzymają w piachu, ale poprawiam kamieniami i zmęczeni przygodami szybko zasypiamy.

Nie na długo jednak. Około północy budzę się z koszmarnym bólem głowy. Znam swoje reakcje – to choroba wysokościowa. Pierwszy raz zaznałem jej w Armenii, podczas wchodzenia na Aragac – tym razem jednak byłem teoretycznie lepiej przygotowany – w końcu ostatnie trzy noclegi spędziliśmy na wysokości ponad 2000 npm. i brałem z Żoną diuramid (lek na chorobę wysokościową). Ale jednak mnie siekło. Wziąłem więc 2 pyralginy, dodatkowy diuramid i stwierdziłem, że jak szybko nie przejdzie to wracamy (wiadomo czym może się skończyć potencjalny obrzęk mózgu).

Summa summarum po pół godzinie spałem jak zabity i rozbudziła nas dopiero rześkość poranka (temperatura oscylowała wokół zera). Szybka pobudka, jakieś przekąski, zwijamy obóz i wsiadamy do auta. Jest jeszcze ciemno, stwierdzamy, że poczekamy do świtu, bo dalsza droga zapowiadała się na jeszcze gorszą. Auto na szczęście odpala (choć z trudem).



W czasie postoju uzgadniamy taktykę wejścia. W ciągu poprzedzających miesięcy (zimowych niestety), starałem się przygotować Małżonkę do większych wysiłków – jazdy na rowerku stacjonarnym i takie tam podobne ćwiczenia. Niestety rzeczywistość to brutalnie zweryfikowała, było bardzo ciężko już w niższych górach w Cajon de Maipo (pierwsze 3 dni tej wycieczki). Dlatego też postanowiliśmy, że ja wchodzę a Żona zostaje przy samochodzie.

W końcu świt – ruszamy. Jest całkiem płasko (laguna zajmowała kiedyś całą tą powierzchnię), ale prawie nie ma drogi. To znaczy są dziesiątki śladów samochodów (bez kolein), wybieram więc te najbardziej uczęszczane i w dość szybkim tempie zbliżamy się do podnóża wulkanu. Przyglądają się nam lamy, a na horyzoncie biegnie struś. Droga robi się coraz trudniejsza i bardziej stroma. Na pewno jeżdżą nią samochody terenowe. W pewnym momencie stwierdzam, że dalej nie ma co jechać, stajemy. Od miejsca noclegu pokonaliśmy w pionie jeszcze sporo dodatkowych metrów, postanawiam więc nie wyłączać silnika na czas wejścia (ze względu na trudności z zapłonem). Żegnamy się i rozpoczynam wejście.



Według przewodników wejście zajmuje około 2 godzin, zejście godzinę. Jestem jednak nadal sporo poniżej miejsca, skąd startują wycieczki. Dojście do miejsca, gdzie parkują auta 4x4 zajęło mi 45 minut. Szło się dobrze, w końcu po utwardzonej drodze, jednak brak tlenu był już odczuwalny, a więc i tempo niewysokie, i kroki krótkie.

W końcu zaczyna się właściwa ścieżka – od tego momentu trasa jest znacznie trudniejsza, ponieważ jest to osypujący się żużel. Zakosami wchodzę na powoli, starając się wybierać twardsze miejsca. Po dalszych 15 minutach widzę jak pierwszy samochód terenowy pnie się pod górę (łącznie tego dnia przyjechały trzy). Z kolei nasz samochód jest już bardzo malutki, obok niego widzę mikroskopijną przemieszczającą się kropeczkę – to Żona. Powietrze jest niesłuchanie przejrzyste, używając powiększenia w aparacie mogę zobaczyć jak rozkłada karimatę i czyta książkę.



Rozkoszując się bezkresnymi widokami pomału przemieszczam się w stronę krateru. Jest ciężko, ale przed rozpoczęciem wspinaczki myślałem, że będzie gorzej. Tlenu mało, ale wystarczyło iść powoli, małymi krokami – nie potrzebowałem nawet odpoczynków. Temperatura optymalna – krawędź krateru osiągnąłem już bez kurtki, w samym polarze. Wodę piłem bardziej na podstawie zaleceń przewodników, niż z rzeczywistej potrzeby.


W końcu staję na krawędzi stożka. Olbrzymi okrąg o bardzo stromych ścianach – od czasu do czasu słychać osuwające się do wnętrza kamienie. Z dziecinną radością wrzucam również kilka swoich odłamków, patrząc jak długo lecą. Z wielu miejsc wydobywają się dymy i opary siarki – to w końcu czynny wulkan, który kilka lat temu wybuchł z wielką siłą, wyrzucając w niebo tysiące ton kamieni i pyłów. Odpoczywam mniej więcej kwadrans i ruszam dalej, bowiem to nie koniec wspinaczki.
Najwyższy punkt (5592 m npm) jest bowiem jeszcze około pół godziny marszu wyżej. Wchodzę i robię sobie zdjęcia za pomocą samowyzwalacza. Wbrew pozorom tętno już mi się uspokoiło, zupełnie nie czuję wysokości ani zmęczenia. Jest adrenalina, radość i satysfakcja! Czuję się jakbym był na dachu świata, delektuję się jeszcze chwilę widokami, lecz cóż – pora wracać.





Po tym miękkim żużlu można schodzić ogromnymi susami – prawie skokami. Leci się w powietrzu, ląduje na pięcie, która wbija się weń głęboko - jeszcze z 30-50 cm, łagodząc siłę uderzenia. To była naprawdę wspaniała zabawa. Po chwili spotykam się z wchodzącymi pod górę turystami, zamieniamy kilka zdań, jednak chyba są zbyt zmęczeni i nie podzielają moje euforii.



Z daleka widzę Żonę, która dość niefrasobliwie leży koło samochodu na karimacie. Trochę to było niepokojące, bo przecież silnik był włączony i mogła się zatruć. Wszystko jest jednak w porządku, witamy się z radością, jak po długiej rozłące. Wracamy! W świetle dnia widzimy miejsce naszego noclegu, lagunę i naszą nieszczęsną drogę. Z góry zjeżdżamy na biegu, bez gazu. Momentami muszę przyhamowywać, auto rozpędza się samoistnie do 70-80 km/h. Droga jest jednak naprawdę równa i w zasadzie tylko obawy o jakieś samotne kamienie skłaniają do rozsądniejszej jazdy.



SŁOWO NA ZAKOŃCZENIE: Zgodnie z przewidywaniami, po zjechaniu z gór i powtórnym uruchomieniu, kontrolka „check engine” zgasła samoistnie. Patrząc na to z perspektywy czasu, uważam, że wyjazd tym autem nie był zbyt mądry, samochód w sumie nie musiałby być terenowy, ale powinien mieć mocniejszy silnik, najlepiej jakiś turbo diesel – który nie jest tak wrażliwy na wysokość. Ale przygoda pozostała przygodą, i to taką, którą ciężko będzie zapomnieć do końca życia. To była taka wisienka na torcie całej wyprawy do Chile, którą oceniam jako jeden z najciekawszych, najbardziej intensywnych i oryginalnych spośród wszystkich dotychczasowych wyjazdów.

P.S. Po całkowitym zjechaniu z góry i minięciu San Pedro de Atacama spotykamy urocze zwierzaki:

13_lama_11

14_lama1

Lascar_map1

Gdyby ktoś mi powiedział, że planuje wejść na taką wielką górę, zejść i zjechać na dół – to bym pomyślał, że doby nie starczy. Czas w podróży płynie jednak za każdym razem inaczej, raz wolniej, kiedy grzeję się w słoneczku sącząc porto, raz szybciej, kiedy pędzę na przystań aby zobaczyć odpływający ostatni prom. W tym wypadku czas zrobił jakąś niespodziewaną woltę, bowiem gdy dojechaliśmy do cywilizacji (czytaj: asfaltu) było jeszcze wczesne przedpołudnie. Do dziś głowię się jak to było możliwe, być może jakiś dobry duch zaczął rozciągać nasze sześć dni, tak aby dać nam wrażeń za dni sześćdziesiąt.

20_droga_do_Laguna_Chaxa1
Ruszamy więc do laguny Chaxa – rezerwatu flamingów. Dawno, dawno temu, mniej więcej w czasach kiedy byłem piękny i bogaty, jeździliśmy na przeraźliwie drogie wycieczki komercyjne. Na jednej z nich, bodajże w Meksyku, pierwszy raz spotkaliśmy flamingi. Żonę urzekły te ptaki, które majestatycznie brodząc w wodzie pochylały swoje długie szyje aby wysączyć nieco pokarmu z mętnej wody. Od tamtych wydarzeń wiele się zmieniło, co prawda Fortuna mnie opuściła, ale lepsza połowa już nie – a co za tym idzie – pozostał sentyment do flamingów.

22_flaming1

24_laguna_Chaxa1

Pojechaliśmy więc odświeżyć stare wspomnienia i … trochę się zawiedliśmy. Ptaków było po prostu mało. Tym niemniej zabawialiśmy się odnajdywaniem innych ptaków i porównywaniem z tablicą informacyjną. Dlatego też teraz mogę być mądry i wiem, że na zdjęciu jest biegus długoskrzydły…

21_biegus_dugoskrzydy1

23_flaming_brodzi1
Plan na dziś obejmował jedynie wieczorny dojazd do gejzerów El Tatio, jednak ze względu na wspomniane już rozciągnięcie czasowe postanowiliśmy nieco go zmodyfikować. Żona, z serca i wykształcenia archeolog nie darowałaby mi, gdybyśmy nie obejrzeli słynnych paleo-indiańskich mumii w muzeum ojca de Paige w San Pedro. Opisywał je przewodnik - mieliśmy 6 edycję Lonely Planet datowaną na 2003 rok, również w sieci czytałem o tych mumiach i chyba „Chile” z serii Gazety Wyborczej również o nich wspomina. Mumie zostały jednak pochowane. To znaczy nie pochowane w magazynach muzealnych, ale na wniosek miejscowej kultury indiańskiej, powróciły na miejsca wiecznego spoczynku w górach… Mimo iż w pierwszej chwili był to dla nas pewien zawód, to jednak po głębszym przemyśleniu spodobało nam się to podejście – w gruncie rzeczy to w sumie dość osobliwe robić atrakcję turystyczną z czyiś zwłok. Na miejscu można obejrzeć film na którym są pokazane mumie i wyjaśnione są okoliczności ich usunięcia z muzeum.


25_Gustavo_de_Paige1
Na koniec zaglądnąłem jeszcze do bankomatu, który jednak nie chciał współpracować, niestety…
Ruszamy więc w stronę gejzerów El Tatio, mając niewielką ale jednak nadzieję, że po drodze uda nam się wejść do Termas de Puritama. Jak się okazało, do term dotarliśmy ok. 50 minut przed zamknięciem, co realnie oznaczało pół godziny na kąpiele. Decyzja nie była łatwa, w ciągu poprzednich dni byliśmy już bowiem w Banos Colina, które były bardzo rozczarowujące – daleko, tłoczno, drogo, brudno, infrastruktura bardzo słaba. Jednak tutaj już na pierwszy rzut oka jest lepiej. Tylko kilka samochodów na parkingu, z daleka widać ładne drewniane ścieżki, eleganckie przebieralnie, cudowną zieleń traw i innych roślin wśród morza kamieni. Dodatkowo bilet na koniec dnia jest tańszy, co jeszcze nas zachęciło.

26_Termas_de_Puritama1
Było warto! Zdjęcia mówią same za siebie.

27_termas_cieka1
28_termas_bajorko1

29_termas_Kwiacio1

30_termas_bajorko_21

Po drodze mijamy Bofedal Machuca, gdzie znów urzeka nas piękno przyrody (nieco oswojonej, jak widać na zdjęciach, ale zawsze).

31_Bofedal_Machuca1

33_Bofedal_g_andyjska1

34_Bofedal_lamy1

W końcu, zgodnie z pierwotnym planem docieramy do Gejzerów El Tatio, tu mieliśmy zanocować i od rana oglądać tę atrakcję. Nie do końca to się udało. To znaczy nocleg był udany - rześki, ale treściwy – to znów jest wysokość ok. 4000 m npm. (tym razem mój organizm już się nie buntował), i o ile wieczorem było ciepło, to rano… Na skutek dużej ilości pary wydobywającej się z ziemi, jest tu bardzo wilgotno i rankiem cała ta para osiadła na naszym namiocie i aucie w postaci szronu. Tropik trzeba było strzepywać i wykruszać lód z tkaniny, a samochód skrobaliśmy kartami kredytowymi.

35_el_Tatio1
Jednak najgorsze było to, że w tym miejscu zemścił się na nas bankomat z San Pedro de Atacama (ten, który nie podjął współpracy) – cena wejścia z przewodnika wzrosła wielokrotnie i nie mogliśmy wejść z powodu braku pieniędzy. Na szczęście nie mogliśmy wejść tylko na główne pole (zdjęcie zrobione z daleka), wszelkie boczne gejzery i źródła stały przed nami otworem.

36_gejzerek1

37_zachd_soca1

I tak oto dotarłem do końca tego dnia powszedniego, ale jakże innego od wszystkich. Pozostałych pięciu dni z wyprawy do Chile (równie emocjonujących) nie opiszę niestety w najbliższym czasie, z powodu wyjazdu na antypody – konkretnie do Nowej Zelandii. Pozdrawiam więc Was, mówiąc „do zobaczenia”, a sobie życzę takiego samego rozciągnięcia czasu, jaki spotkał mnie w Chile. 

 

Wenecja - 13-14 grudnia 2014 r

krzysztofgrzegorzewski

   Jako, że zbyt starym by robić karierę, zarabiać pieniądze lub wymyślać inne równie pasjonujące rzeczy które przyniosłyby zadowolenie moim potomnym, ale nie mnie -  wyznaczyłem sobie podrzędną rolę obserwatora świata. Rzec by można, że jest to rozwinięcie dotychczasowej pasji kolarskiej, z tym, że z nieco inaczej rozłożonymi proporcjami zmęczenia ciała i umysłu. Więcej niż wiele lat temu, bo jeszcze w szkole podstawowej, zaznajomiony zostałem z ciekawą teorią wypoczynku - wizyta w nadmorskim domu wczasowym połączona z leżakowaniem na plaży to wypoczynek bierny, a ta sama wizyta z podporządkowaniem się zaleceniom kaowca (wycieczki, wieczorki zapoznawcze, turnieje ping-ponga, kometki czy siatkówki) to już wypoczynek czynny, z definicji lepszy. Po latach badań własnych zmodyfikowałem nieco te formuły - o ile więc cyklista z całą pewnością wypoczywa czynnie (notabene - bardzo się przy tym męcząc), to jednak brakuje mu przy tym pewnej dozy treningu intelektualnego, który sprawiłby, że organ potrzebujący najwięcej tlenu w organizmie, nie marnowałby go tylko na bezużyteczne oglądanie tylnej opony zawodnika jadącego pozycję wcześniej.

    Kolarstwo było więc dla mnie wypoczynkiem czynnym biernym, podczas gdy potrzebowałem odpoczynku czynnego czynnego - aktywnego dla ciała i kreatywnego dla umysłu. I tak zrodziła się pasja podróżowania.

 

Mewa w Wenecji

 

   "Vitam regit fortuna non sapientia" - w przypadku wyboru kierunku podróży stwierdzenie iż życiem rządzi los a nie mądrość zdaje się być kluczem do kolejnej wyprawy. Zbiegiem rzeczy fortuna to też bogactwo, co tylko dopełnia prawdziwości tego stwierdzenia. Nie do końca mając zdolność do generowania odpowiedniej ilości biletów Narodowego Banku Polskiego, celem staje się miejsce, do którego można dotrzeć mając ich niewiele. Oczywiście pojawiają się tu dodatkowe ograniczenia, jak choćby pogoda - teoretycznie najtańsza Norwegia w grudniu pokryta bywa grubym śniegiem lub skropiona jest zamarzającym deszczem, w dodatku słońce rozświetla te krajobrazy tylko na kilka godzin.

   A więc raczej południe. Myśląc południe, oczyma wyobraźni widzę miasto Colleoniego, Lotta, wjazd funicolare do Citta Alta, przechadzki po murach obronnych i pizzę przy Via Pignolio czyli włoskie Bergamo. Ale to nie tylko wyobraźnia - to raczej miłe wspomnienia, aż nazbyt świeże, jeszcze ciepłe i przesiąknięte zapachem wiosennych promieni słońca - przecież byliśmy tam w tym roku! A więc jeśli nie Bergamo, to co?

   I tu trzeba złączyć los i mądrość w jedną machinę, pokręcić korbką i zobaczyć co wypluje. Machina ma wiele hybryd, kryjących się pod nazwami Azair, Azuon, Matrix ITA, ale nieważne którą się uruchomi, wynik powinien być z grubsza ten sam. Na mojej klawiaturze wstukałem dane wejściowe: wylot w dowolną sobotę z Polski lub Berlina, powrót w niedzielę, kierunek - południe. Zamieliło, zaburczało, wentylator procesora buchnął ciepłym powietrzem na ręce i... jest Wenecja za 207 zł z Berlina w świetnych godzinach - wylot rano a powrót wieczorem, a więc pełne dwa dni, jeden nocleg.

 

DSC04781 

   A więc Wenecja. Minęły niespełna cztery lata od ostatniego pobytu tutaj, a zdawałoby się, że w lustrze wody wciąż widać odbicia naszych sylwetek. Nadal spoglądają na nas znajome twarze ze ścian Pałacu Dożów, z pomników i kościołów. Ciągle przesuwają się te same tłumy podekscytowanych turystów robiących zdjęcia sobie i murom. Wpisujemy się w ten nurt bez większego sprzeciwu.

 

DSC04796

 

 

  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

   Wizyta w Wenecji jest jak wizyta w teatrze - choć aktorzy pozostają ci sami to za każdym razem można zobaczyć sztukę zupełnie odmienną od poprzedniej. Wszystko jest kwestią odpowiedniego wyboru, który determinuje późniejszy nastrój i wrażenia. Zachęcony obietnicą katalogów, wykupiłem "Church pass" - kartę umożliwiającą wstęp do biletowanych kościołów. Iście znamienity zespół składający się z samych sław jak Tycjan, Carpaccio, Tintoretto, Bassano czy Tiepolo daje popis swoich umiejętności na ścianach i sufitach 16 kościołów. Czy aby ten repertuar nie będzie jednak zbyt ambitny?

  Zaczęło się od mocnego uderzenia - kościoła San Sebastiano w którym poszukiwaliśmy charakterystycznych odcieni szmaragdowej zieleni, od nazwiska malarza zwanych zielenią Veronese'a. Myliłby się jednak ten, kto spodziewa się viridianowych falujących sukien czy choćby egzotycznych roślin stanowiących tło dla religijnych obrazów. Nie, to raczej detale, stanowiące swoisty kontrast dla wszechobecnych ciepłych żółci, brązów i czerwieni. Cóż, ekonomia - ten barwnik był niegdyś bardzo drogi.

  Tymczasem opuściliśmy Świętego Sebastiana, Najświętszą Panienkę i Mardocheusza, aby spędzić następne trzy godziny z woluntariuszką - przewodniczką po Wenecji.

 

DSC04773

 

   Był 13 grudnia - w Polsce kojarzący się dość jednoznacznie z rocznicą wprowadzenia stanu wojennego - ostatnimi laty wykorzystywaną do różnych polityczno - religijnych demonstracji. Raczej nie spodziewając się podobnych atrakcji, nieoczekiwanie, w mało znanym kościele San Geremia, napotkaliśmy tłumy rozmodlonych wiernych, zapalone świece, dzieci w białych strojach. We Włoszech to iście niecodzienny widok jak na sobotnie, grudniowe popołudnie. 

   W środku formowała się kolejka zmierzająca najwyraźniej w kierunku oszklonego relikwiarza. I my również ustawiliśmy się w niej. Z informacji zamieszczonej na kartce wynikało, że to szczątki Św. Łucji, która w tym dniu ma swoje święto, co tłumaczyło podniosłe uroczystości w kościele. Relikwie od 1204 roku znajdowały się w Wenecji w kościele Św. Łucji, a po jego zburzeniu (pod stację kolejową, która przejęła nazwę St. Lucia) zostały przeniesione w obecne miejsce. Jak się później dowiedziałem szczątki zostały wykradzione przez uzbrojonych bandytów, a następnie odnalezione wróciły na swoje miejsce dokładnie 13 grudnia 1981.

   Jako żarliwa katoliczka była ona prześladowana za wiarę, a nie chcąc się jej wyrzec, miała być oddana do domu publicznego. Nie chcąc do tego dopuścić, oszpeciła się, wykłuwając sobie oczy. W końcu została ścięta, a jej męczeński czyn spowodował, że patronuje ociemniałym, proszącym o pomoc w chorobach oczu oraz pisarzom - można rzec, że w małym fragmenciku również mi...

 

DSC04784

 

   Tymczasem wybiła godzina naszej wycieczki z przewodniczką, jak się okazało białoruskiego pochodzenia. Był to spacer po mieście, dość ciekawy, ale zabrakło w nim ciekawostek, jakimi byłyby na przykład informacje o Świętej Łucji. W jego trakcie minęliśmy lodowisko na Campo San Polo, które nieodparcie skojarzyło mi się z niesławnym lodowiskiem na Placu Wolności w Poznaniu. Oczywiście to weneckie było kilkukrotnie większe...

 

DSC04813

 

    Powyżej widok z okien naszego hotelu.

 

koncert

 

    Spoglądając na ten plakat żałowaliśmy, że nie przybyliśmy dzień wcześniej i nie mogliśmy zostać zjedzeni...

  DSC04851

 

 

 

 

  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

   Czas spłatał nam figla - po sobocie przyszła niedziela, która, jak się okazało traktowana jest nadzwyczaj świątecznie również w kościołach. Chcieliśmy kontynuować nasz przegląd malarstwa włoskiego, lecz świątynie są w niedziele pozamykane (poza kilkoma największymi). Nie mogąc podziwiać płócien wielkich mistrzów, poprzestaliśmy na płótnach zwykłych mieszkańców (powyżej).

 

DSC04866

 

DSC04824

 

DSC04837

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

   Korzystając z danego nam czasu odwiedzamy muzeum Galleria dell'Accademia. Wiedziałem, że mają tu "Człowieka witruwiańskiego" Leonarda, ale niespodzianką było to, że leży on zamknięty w sejfie i jest wystawiany tylko na specjalne okazje. Archiwa galerii są rzecz jasna zamknięte dla największych nawet pasjonatów nie-naukowców, tym niemniej zagłębienie się we wnętrza dawnego kościoła Najświętszej Maryi Panny Miłosierdzia i klasztoru kanoników laterańskich stanowi samo w sobie nie mniejszą frajdę dla artystycznej duszy.

    Choćby Lorenzo Lotto - przez wiele lat związany z Bergamo, zapomniany na 300 lat, odrodził się w XIX wieku, po odnalezieniu jego księgi wydatków i testamentu. Na podstawie tych dokumentów można było na powrót przypisać mu autorstwo obrazów przypisywanych dotychczas takim sławom jak Tycjan czy Holbein.

   Młodzieniec podczas studiowania księgi zdaje się być zajęty zupełnie innymi, pozamaterialnymi sprawami. Otwarty list, płatki róży, pierścień - czy jego myśli aby nie wykraczają aby poza otwartą księgę rejestrową? Niepewna, pochylona pozycja - czy sięgnie za chwilę po zwisający klucz - i czy będzie to klucz władzy czy raczej wtajemniczenia? I w końcu jaszczurka - czy jest symbolem duszy, która szuka światła czy raczej jej zrzucana co roku skóra ma być znakiem odrodzenia, odnowy i zmartwychwstania duchowego? Odpowiedzi nie ma i nie będzie, ale samo zadawanie sobie takich pytań stanowi dla mnie kwintesencję malarstwa Odrodzenia.

Lotto

 

    Symbol Wenecji w obiektywie jest atrakcyjny, ale czy ta atrakcyjność jest warta swej ceny (100 Euro/40 min)? Na razie nie sprawdzamy tego empirycznie...

DSC04839

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

    I dwa zdjęcia nocne na pożegnanie Wenecji:

 

DSC04889

 

 

noc

 

 

Finansowe podsumowanie wyjazdu:

Przelot Berlin - Wenecja - Berlin: 207 zł

Church Pass: 51 zł

Transport na lotnisko: 47 zł

Bilet Gallerie dell'Accademia: 38 PLN

Audioguide: 25 zł / 2 osoby

Hotel Tiziano: 225 zł / 2 osoby

Paliwo: 184 zł / 2 osoby

Jedzenie, napiwki: 300 zł / 2 osoby

ŁĄCZNIE: 710 zł / osobę

 

 

 

 

 

 

Azja - dzień dwudziesty czwarty, Manila, Filipiny

krzysztofgrzegorzewski

Wyciskamy z naszego pobytu co się da – ostatniego dnia postanawiamy pojechać jeszcze na chiński cmentarz. Manila ma kilka cmentarzy, z których większość cieszy się złą sławą – w grobach zamieszkują biedacy, co ostatnio obrazowo zostało przedstawione w książce – reportażu „Eli, Eli". Tym niemniej w czasie podróży zagranicznych staram się zajrzeć przynajmniej na jeden cmentarz, a ten chiński ma dobre opinie – stanowi on atrakcję turystyczną. Jedziemy metrem, a w zasadzie napowietrzną linia kolejową, M. odkryła zalety podróżowania w wagonach tylko dla kobiet – ona jedzie w komforcie, a ja w ścisku.

Okolica cmentarza nie nastraja optymistycznie, bieda jakby większa, tuktukowcy bardziej natarczywi, domy niższe i bardziej zaniedbane. Nie widać strażników przy wejściach, ani na ulicach. Tym niemniej, widząc nas, prawie każdy woła „Chinese cemetery!" i pokazuje ręką kierunek. Kierujemy się tymi wskazówkami, choć mapa pokazuje inaczej. Wiara w miejscowych jednak wygrywa, i rzeczywiście, po chwili odnajdujemy bramę południową.

Strażnik w bramie pyta grzecznie czy nie potrzebujemy przewodnika, my równie grzecznie dziękujemy. Jednak po paru krokach zaczynamy się zastanawiać, czy dobrze trafiliśmy? Wszędzie ulice, domy i ogródki, tylko tak jakby dziwnie cicho i spokojnie. Nie ma tego całego wrzasku, zgiełku i smrodu. Po prostu opuszczone, wyludnione miasto. Ale podchodząc bliżej widać, że to jest właśnie cmentarz! Na „domach", będących grobowcami, są inskrypcje żałobne i zdjęcia pochowanych rodzin. Popatrzcie sami:

Chiński cmentarz brama południowa

Brama południowa cmentarza.

Ulica na chińskim cmenatrzu

Cały cmentarz składa się z ulic, przy których stoją parcele z grobowcami.

grobowiec modernistyczny

Grobowiec modernistyczny.

grobowiec klasycystyczny

Grobowiec klasycystyczny.

grobowiec katedra

Prywatna katedra - grobowiec.

grobowiec w budowie

Grobowiec w budowie.

grobowiec w stylu narodowym

Grobowiec w stylu chińskiej pagody.

okazały grobowiec

Jeden z najokazalszych grobowców przy głównym placu.

powyższy grobowiec w środku

Wnętrze powyższego grobowca.

grobowiec z aniołem

Grobowiec "pod aniołem".

 

Po dłuższym spacerze, wracamy na stację, a potem do hotelu i szykujemy się do ostatniego lotu. Wracamy do Polski! Na lotnisko jedziemy metodą oszczędnościową – metrem do ostatniej stacji, a potem pieszo, ze 2-3 kilometry. Przechodzimy kolejne bramki (jedna w metrze, druga na wejściu na teren lotniska, trzecia po odprawie bagażowej, czwarta przy wejściu do samolotu) – na każdej odbywa się przeszukanie lub prześwietlanie bagażu. Zanim jednak weszliśmy na pokład naszego ulubionego Boeinga 747, czekała na nas przygoda. Podczas odprawy okazuje się, że nie siedzimy razem na górnym, „luksusowym" pokładzie, lecz jesteśmy rozdzieleni. Na nic zdały się tłumaczenia, pokazywanie wydruków - nie ma miejsc i tyle. Postanawiamy więc, że M. będzie leciała w wygodach na górze, a ja na dole, w małych i wąskich fotelach. Samolot jest opóźniony o ok. godzinę, uspokajamy się lotniskowym piwem w poczekalni, gdy nagle wywoływane jest nasze nazwisko, tradycyjne „Kkkristopy Grrzzegodzzebski proszony jest do stanowiska odprawy". Idę, a tam dobra nowina! Jednak znaleźli dla nas miejsce i oboje lecimy koło siebie w miękkich, wielkich, rozkładanych fotelach dawnej klasy business, tak jak to od początku było zaplanowane (11 godzin lotu do Jeddah)!

Łącznie etap VII:

- wycieczka na Corregidor 180 zł / osobę

- hotel Manila (2 noce) 162 zł

- inne wydatki (taksówka, jedzenie, opłata wylotowa, inne) ok. 220 zł

Łącznie etap VII: 742 zł / 2 osoby 

Azja - dzień dwudziesty trzeci, Corregidor, Filipiny

krzysztofgrzegorzewski

Wczoraj po południu, w sercu Angkor  Wat, dzwoni mój telefon. Numer nieznany. O, to pewnie mój bank zgłasza się z kolejną propozycją rozłożenia zadłużenia na karcie kredytowej na raty.  Już tyle razy im odmawiałem, a oni są tacy uparci. Telefon dzwoni, a ja odrzucam połączenie. Myślę sobie, zaraz zadzwoni ponownie. Po dziesięciu sekundach dzwonek telefonu odzywa się jeszcze raz. Tak jest, to musi być bank. Odrzucam po raz kolejny, zwykle to zamykało sprawę (na jeden dzień). Ale tym razem nie, dzwonek odzywa się po raz trzeci. A więc to nie może być bank – to nie jest w ich stylu. Odbieram.

Miły głos pyta po angielsku czy dodzwonił się do „Kkkristopy Grrzzegodzzebski ???" – po próbie wymówienia mojego imienia i nazwiska, jak zawsze tutaj, nastąpił wybuch tłumionego śmiechu u osoby próbującej zmagać się z polszczyzną. Mnie z kolei bawi ich próbowanie. A więc już na początku rozmowy obie strony są w dobrych humorach. Tak samo działo się w banku, w hotelu, w samolocie, u urzędnika imigracyjnego, u urzędnika celnego i w wielu innych miejscach, gdzie trzeba było się wylegitymować. Jedno proste nazwisko wywoływało maleńką nić sympatii.

Wracając do rozmowy – moja rozmówczyni dzwoniła z biura podróży Sun Cruises – z informacją, że wycieczka na wyspę Corregidor została przełożona z godziny 10.00 na 8.00. Nie była to jakaś szczególnie atrakcyjna informacja, bo planowaliśmy się wyspać po nocnym locie z Siem Reap. Ale taka informacja była lepsza, niż jej brak – bez niej moglibyśmy jedynie pomachać odpływającemu promowi z okien naszego pokoju.

Po 4 godzinach snu zjadamy najmniejsze w życiu śniadanie hotelowe – cztery maleńkie grzaneczki (takie jakby połówkę bułki rozkroić na krzyż). Śniadanie małe, ale technicznie zaawansowane – w momencie wybierania napoju (kawa lub herbata) dostajemy mały czarny podstawek najeżony diodami i z ciekłokrystalicznym wyświetlaczem na którym pokazany był numer naszego zamówienia („3"). W momencie gdy nasze grzanki i napoje są gotowe do odbioru, podstawek zaczyna wesoło migać i wibrować – to znak, że możemy podejść do obsługi oddalonej o trzy metry od naszego stolika odebrać nasze zamówienie.

Nadal głodni (ale za to rozbawieni sytuacją) pędzimy z restauracji na przystań. W pościg za nami rzuca się rykszarz, pragnący zarobić trochę grosza. Przyzwyczailiśmy się do grzecznego odmawiania, ale w naszej sytuacji – czemu nie? Prosimy o kurs do „Coconut palace" – budynku wybudowanego przez Imeldę Marcos za ponad 10 mln USD, z okazji wizyty naszego papieża w 1978, w większości z elementów palmy kokosowej (została za to przez niego skrytykowana – tyle biedy na ulicach, można mądrzej wydawać pieniądze podatników). Rykszarz chce 50 peso od osoby (nieco ponad 3 zł), ostatecznie zgadza się za tyle zabrać nas dwoje. Przejechaliśmy kilkaset metrów, nasz pojazd staje – rykszarz nie wie gdzie to jest. On nie wie, ale ja wiem. Nie byłem tam co prawda nigdy, ale pamiętałem z mapy, że trzeba przed zoo skręcić w prawo i dalej prosto nad morze. Ogród widzę przed nami, więc mówię gdzie jechać.

Wkrótce zatrzymuje nas policjant – zbliżamy się do ekskluzywnego kwartału („coconut palace" to obecnie siedziba jakiegoś ministerstwa), gdzie rykszarzom nie wolno wjeżdżać. Cały zziajany i zestresowany, marudzi, ze to było tak daleko (a przecież nawet nas nie dowiózł na miejsce) i chce więcej. Nie ma mowy, daję odliczoną kwotę - my ruszamy dalej, a rykszarz, poganiany przez policjanta, zawraca.

Na przystani odbieramy nasze bilety i czekamy. Czekamy i czekamy, chyba jakaś wycieczka była nie do końca poinformowana o nowej godzinie, bo ruszamy dopiero grubo po dziewiątej, gdy większa grupa przyszła z autobusu. Corregidor, zwany przez niektórych Gibraltarem wschodu, w moich oczach jawi się jako Westerplatte wschodu, a może nawet raczej Hel wschodu, gdyż to właśnie załoga półwyspu broniła się najdłużej. Corregidor, mała wyspa zamykająca wejście do zatoki manilskiej, doskonale wyposażona i ufortyfikowana, stawiała jeszcze opór prawie przez miesiąc po upadku półwyspu Bataan (znanego z marszów śmierci urządzonych przez Japończyków), znajdującego się po drugiej stronie cieśniny.

Po półtoragodzinnym rejsie od razu wsiadamy do przydzielonych z góry busików, aby rozpocząć zwiedzanie najciekawszych miejsc na wyspie.

Autobusy na Corregidor

Rozpoczynamy od baterii „Way" (nazwy pochodzą od nazwisk amerykańskich dowódców), gdzie umieszczone były 4 moździerze kalibru 305 mm (na Helu najcięższe działa miały 152 mm). Mimo, iż konstrukcja fortu i wyposażenie pochodziło z roku 1914, to doskonale sprawdziły się w walce z Japończykami. Trzeba też powiedzieć o wadach tej budowli – wszystkie jednostki ogniowe były umieszczone koło siebie, były więc podatne na zniszczenie jednym pociskiem – tak stało się w bliźniaczej baterii, gdy pocisk japoński uderzył w zgromadzone ładunki prochowe – cała załoga zginęła momentalnie.

Bateria Way

Bateria Way moździerze

 

Kolejne stanowisko „Hearn" – długolufowa armata, również kalibru 305 mm (2 sztuki), która wsławiła się niezwykle celnym ogniem przeciwko nacierającym Japończykom na półwyspie Bataan. Były to najmłodsze wielkokalibrowe stanowiska na wyspie (1921).

Bateria Hearn

Po chwili zbliżamy się do żelbetowych baraków żołnierzy szeregowych, określanych przez przewodnika jako najdłuższe baraki na świecie (nieco ponad 500 metrów). Na tym, kto widział twierdzę Modlin, nie robią aż takiego wrażenia.

koszary Corregidor

Tuż obok znajdowało się miejscowe centrum rozrywki – kino na kilkaset miejsc (ruiny w tle na zdjęciu). Przed nim stoi pomnik braterstwa broni amerykańsko – filipińskiego. Jak twierdzi nasz przewodnik, Filipińczyka można poznać po tym, że jest mniejszy, gorzej uzbrojony i umundurowany, ale za to przystojniejszy od Amerykanina. Z tyłu znajdują się kolejno: niewielkie muzeum, pomnik – niegasnący płomień, kopuła w kształcie spadochronu (Corregidor był odbity przez spadochroniarzy), memoriał upamiętniający największe bitwy na Pacyfiku oraz doskonały punkt widokowy na wyspę.

pomnik braterstwa broni Corregidor

Po zwiedzeniu wszystkich tych miejsc jedziemy do baterii „Crockett" – dzieła składającego się z dwóch chowających się armat kalibru 305 mm. Po wystrzeleniu pocisku, działo opuszczało się poniżej betonowego kołnierza, gdzie było ponownie ładowane. Przeciwwaga miała masę 50 ton. Jedno z dział zostało wyeliminowane z walki przez bezpośrednie trafienie pociskiem moździerzowym, drugie przetrwało i najprawdopodobniej zostało naprawione przez Japończyków (po uszkodzeniach wykonanych przez amerykańską obsługę przed kapitulacją). Tym niemniej Japończycy nie korzystali z niego podczas obrony wyspy w 1945 roku.

bateria Crockett

bateria Crockett 2

Przed wybuchem wojny na wyspie znajdowały się również podziemne schrony, w których przechowywano zapasy i gdzie urządzono szpital polowy na 1000 łóżek. W głównym korytarzu tego schronu – tunelu „Malinta", urządzane jest (dodatkowo płatne), widowisko typu „światło i dźwięk". To atrakcja chyba dla trochę młodszych uczestników, nas zaciekawiły jedynie filmy dokumentalne z okresu walk o wyspę.

tunel Malinta

Końcowym punktem wycieczki jest wizyta w miejscu upamiętniającym żołnierzy japońskich – w czasie obrony zginął prawie cały, liczący 6000 osób, garnizon. Ich prochy zostały przewiezione do Japonii, a na miejscu byłego grobu stoi poniższy pomnik. Ciekawa była też opowieść o żołnierzach ukrywających się w niedostępnych terenach – na wyspie Corregidor 10 żołnierzy ukrywało się jeszcze przez pół roku. Rekord należy do żołnierza, który w innym miejscu Filipin ukrywał się kilkanaście lat – po odnalezieniu poddał się dopiero przybyłemu z Japonii oficerowi. Stał się też dość zamożnym człowiekiem, ponieważ za ten cały okres otrzymał zaległy żołd.

pomnik pamięci żołnierzy japońskich

Na wyspie widzieliśmy jeszcze wiele innych budowli, pomników, schronów, fortów oraz hotel, w którym wzmocnił nas pyszny obiad. Cała wyspa jest wypielęgnowana i przygotowana pod turystów w najmniejszym szczególe. Po wojnie nie było tu najmniejszych śladów roślinności – cały teren był pokryty lejami po bombach i pociskach – obecnie porośnięta jest gęstym lasem (odpowiednio przygotowane sadzonki zrzucano z samolotów). Wszystkie trawniki są przystrzyżone, a metalowe elementy oczyszczone i pomalowane. Przewodnik narzekał co prawda na działających po wojnie złomiarzy, którzy pokradli elementy wyposażenia, ale jak dla mnie nie było tego zupełnie widać. Trzeba by mu było przyjechać do Polski, gdzie często nawet najmniejsza płyta pancerna jest wycięta i zezłomowana...

Manila zachód słońca

W drodze powrotnej Manila dobrze się prezentuje w promieniach zachodzącego słońca. Do hotelu idziemy pieszo, a w zapadającym zmroku z dobrego nastroju wyzwala nas okrzyk: „Hey, give me money!". Na szczęście to nie był napad, a jedynie jeden z żebraków był niezbyt biegły w angielskim. 

Azja - dzień dwudziesty drugi, Siem Reap, Kambodża

krzysztofgrzegorzewski

Dzień dzisiejszy rozpoczęliśmy od wyjazdu do Banteai Srei – „Cytadeli Kobiet", stosunkowo niewielkiej świątyni położonej ok. 20 km na północ od głównego kompleksu. Na szczęście obowiązuje ten sam bilet co do pozostałych atrakcji Angkor Wat. Świątynia jest niewielka, ale zawiera bardzo dobrze zachowane rzeźbienia, reliefy, inskrypcje – wszystko w kamieniu. Niestety dobrą atmosferę psują nieco tłumy zgromadzone na tej niewielkiej powierzchni. Po wyjściu z kompleksu udajemy się nad jezioro, a w zasadzie do miejsca w którym powinno być jezioro. Dość dziwnie wygląda znak zachęcający do wypożyczenia łódki i wędkowania stojący przed wielką łąką. No cóż – mamy porę suchą, jezioro odparowało – dzieje się tak z dużą ilością miejscowych jezior. Za pół roku pojawi się znowu.

Banteai Srei plan ogólny

Banteai Srei detal

Wracając zatrzymujemy się w muzeum min lądowych – wstęp kosztuje 3 USD i w całości jest przeznaczany na odminowywanie terenów Kambodży i na pomoc ofiarom tychże min. Muzeum jest inicjatywą prywatną – założone przez Aki Ra – wcielonego siłą w wieku 10 lat do armii Czerwonych Khmerów. Po wyswobodzeniu się z czerwonych sideł, rozpoczął on akcję usuwania skutków zbrodniczej działalności swoich byłych stręczycieli. W hallu wiszą nagrody i wyróżnienia (m.in. „CNN heroes"), ale w kolejnych pokojach zmierzamy się już z brutalnym światem wojny i nieczystych metod jej prowadzenia. Pokazane są zarówno różne rodzaje min (rozbrojonych), jak i zdjęcia okaleczonych ofiar. Wstrząsające wrażenie robią protezy wykonane z materiałów jakie były akurat pod ręką.

W Muzeum Min Lądowych

Przejeżdżając widzimy stragany z owocami przypominającymi małe zielone kokosy. Okazuje się, że są to owoce palmy cukrowej – sok z nich otrzymany, zagęszcza się w dużym płaskim rondlu nad ogniem, a następnie gorącą, lepką masę formuje w słodycze, głównie twarde cukierki. Kupujemy 3 małe paczuszki, sprytnie zawiniętych w liście palmowe, cukierków.

Cukier palmowy

Jadąc rano do świątyni, wydawało nam się, że na płocie jednej ze szkół był jakiś napis wymieniający Polskę. W drodze powrotnej szukamy tego miejsca wzrokiem – gdy już prawie straciliśmy nadzieję – jest! „Szkoła wsparta przez telewizję Polsat (Polska) w marcu 2012 roku" – zawsze miło zobaczyć taki napis, w szczególności na szkole. Napisy o pomocy od innych państw znajdowały się jedynie na kompleksach świątynnych i dotyczyły pomocy w restauracji i badaniu tych miejsc.

Szkoła wspierana przez Polsat w Kambodży

Wkrótce wracamy na trasę „małego pierścienia" (wczoraj objeżdżaliśmy „duży") i z początku oglądamy mniej znane nam świątynie. Mają one tę zaletę, że są równie piękne i monumentalne, ale znacznie mniej zatłoczone. Na zdjęciu świątynia Banteai Kdei.

Banteai Kdei

Jadąc dalej udaje się uchwycić pocztówkowe zdjęcie zwiedzanej wczoraj świątyni Bayon.

Bayon plan ogólny

W końcu docieramy do Ta Prohm, świątyni znanej w Europie z filmu Tomb Raider. Tego typu filmy jakoś mnie nie bawią, już wolę inscenizacje historyczne. Tym niemniej miejsce to rzeczywiście robi wrażenie z powodu drzew, które wdzierają się w budynki. Stanowią one atrakcję samą w sobie i trzeba się ustawiać w kolejce do zrobienia zdjęcia. Wykonano też specjalne platformy dla lepszych ujęć. Sama świątynia jest w dużej mierze zrujnowana, ale prowadzone są intensywne prace restauratorskie – serie zdjęć pokazują, jak ze sterty gruzów odbudowano budynki galerii. W przypadku używania oryginalnych materiałów i technik, popieram takie działania. Tym niemniej na tym terenie stoją trochę niecodziennie wyglądające dźwigi i pracownicy wycinający kamienie diamentowymi tarczami tnącymi.

Ta Prohm

Ta Prohm

Kolejne świątynie zwiedzam już sam, bo M. trochę źle się czuje i jest przemęczona. Po drodze do domu za ostatniego dolara kupujemy jeszcze siatkę przepysznych, świeżo pieczonych pączków i ciastek. Około godziny 15.00 jesteśmy w hotelu – na szczęście nie ma sztywnej godziny jego opuszczenia, możemy się wykąpać i odpocząć przed nocnym lotem do Manili.

Ciastka za dolara

Kambodża jest kolejnym miejscem, które żal opuszczać. Odkrywanie nowych świątyń, zakamarków w nich jest pasjonujące i wcale się nam nie nudziło (no może trochę zmęczenie przeszkadzało). W okolicach Siem Reap pozostały jeszcze dziesiątki obiektów oznaczonych na mapie, jako te najwyższej klasy. Dodatkowo w okolicy są inne atrakcje – rejs Mekongiem, czy oglądanie pływającej wioski. Jak wszędzie zabrakło czasu na te wszystkie cuda.

Na lotnisku zostaliśmy miło zaskoczeniu – nie była pobierana opłata wylotowa w wysokości 25 USD, podobno obecnie jest wliczona w cenę biletu.

Podsumowanie etapu VI:

- 250 zł wydatki w Manili (bilety wstępu i na metro, jedzenie, opłata wylotowa)

- 285 zł/osobę – bilet Manila – Siem Reap - Manila

- 91 zł/osobę e-Visa kambodżańska

- 20 USD x 2 dni x 2 osoby = 80 USD – bilety wstępu Angkor

- 60 USD – hotel (łącznie za 2 noce)

- 15 + 25 + 5 = 45 USD – rykszarz

- 2 * 3 USD – muzeum min lądowych

- 20 USD – inne wydatki, głównie jedzenie

Łącznie etap VI: 1667 złotych / 2 osoby 

© SIERŚCI ŚWIAT
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci